środa, 25 lutego 2015

Rozdział III

Przez całą noc nie mogłam zmrużyć oka. Po głowie ciągle chodziły mi słowa Naomi, wypowiedziane zeszłej nocy. Po prostu leżałam na łóżku i czekałam na zbawienie, które nie miało zamiaru nadejść. Zdążyłam sprawdzić wszystkie okna i drzwi, które jak można było się  domyśleć były zamknięte na klucz. Pozostała mi tylko nadzieja. Wierzyłam, że może nie teraz, ale za dzień, może tydzień, moi rodzice staną w drzwiach z ekipą detektywistyczną i znowu będzie jak dawniej. Co ja mówię? Przecież ja nie chcę żeby było jak dawniej. Chociaż w sumie ja sama nie wiem czego chcę, nigdy nie wiedziałam. Od zawsze potrzebowałam kogoś kto mógłby kierować moim życiem bo sama nie jestem do tego zdolna. Udowadniam to na każdym kroku. Zamiast walczyć, szukać rozwiązania siedzę i wpatruję się w ścianę.
Krąg moich rozmyśleń przerwały czyjeś głosy, a raczej krzyki, dochodzące zza drzwi.
- Zayn, co ty masz zamiar z nią zrobić?- Naomi? - Trzeba było ją zabić, gdy była odpowiedni moment.- A już myślałam, że zaczynamy się zaprzyjaźniać.
- Nie twój interes.- rzucił obojętnie chłopak
- Dopóki to ja zmieniam jej opatrunek, to właśnie mój interes! Chyba, że zrobisz to sam? Ale wątpię czy po wydarzeniach z zeszłej nocy pozwoli cię się dotknąć.- Opatrunek? Oni tu idą. Muszę udawać,że śpię, ale przecież jestem strasznie kiepską aktorką!
- Podsłuchiwałaś? - burknął chłopak
-Nie musiałam, rozmawiałam z Killer'em. Opowiedział mi co wyprawiałeś. Powinieneś zapisać się na kurs kontrolowania agresji.
-Jakoś nigdy wcześniej nie narzekałaś na moją agresję.- zaśmiał się, a ja usłyszałam dźwięk przekręcającej się klamki.- Nie zapalaj światła. Obudzisz ją.- skarcił blondynkę.
- Nie zmienię opatrunku, gdy nic nie będę widziała.- warknęła
- Więc się lepiej postaraj.
Liczyłam, że właśnie teraz uda mi się dowiedzieć czegoś więcej... ale na próżno. Od kiedy Naomi zaczęła ściągać bandaże panowała kompletna cisza.
-Chyba nie masz zamiaru trzymać jej tu w nieskończoność.- westchnęła blondynka, zaklejając opatrunek.
Nie odpowiedział. Po prostu wyszedł.
- Kiepska z ciebie aktorka.- zaśmiała się dziewczyna. Zorientowała się. Lekko otworzyłam oczy upewniając się, że Zayn wyszedł.
- Wiem.-mruknęłam pod nosem. - Jak bardzo źle to wygląda?- przeniosłam wzrok na mój brzuch.
- Jeśli chodzi o ranę zewnętrzną to szybko się goi, ale obawiam się, że możesz mieć urazy wewnętrzne. Niestety nie mogę tego stwierdzić na tym etapie.- mówiła zupełnie jak lekarz - Za jakąś godzinę.- spojrzała na swój mały zegarek na nadgarstku - Dostaniesz pierwszy posiłek po wypadku, zobaczymy jak zareaguje twój organizm. Póki co nie ma powodów do zmartwień.
-Dziękuję.- westchnęłam zrezygnowana.
- Nie dziękuj, nie robię tego dla ciebie. Mi też nie jest na rękę fakt, że się tu znajdujesz.- Auć.
Oczekiwałam odpowiedzi w stylu: " Nie ma za co" lub " Nie ma o czym mówić", ale na pewno nie tego.
- Studiujesz medycynę?- spytałam, przyglądając się blondynce.
- Studiowałam. - odparła
-Już skończyłaś? Nie wyglądasz na..
- Nie skończyłam. - szybko mi przerwała. - Jak mówiłam za godzinę dostaniesz jedzenie. Od kilku dni nie miałaś nic w ustach. Nie czujesz głodu? Pragnienia? Czegokolwiek? - zmarszczyła czoło.
- Nic... nie czuję nic oprócz bólu. - nawet nie myślałam, że zabrzmi to tak żałośnie. - Gdyby nie ta głupia rana już dawno by mnie tu nie było! - dodałam
- Nie wątpię.- blondynka zaśmiała się pod nosem.
- Nie chcę tu być. - westchnęłam. Naomi jednak nie odpowiedziała. Spakowała opatrunki, po czym zostawiła mnie samą. Znowu.
Zamknęłam oczy,, gdy ból zaczął się nasilać. Moje żebra! Starałam się podnieść i usiąść na łóżku, jednak dźwięk przekręcającego się klucza spowodowałam, że z powrotem upadłam na łóżko. Auć! O mało nie dostałam zawału, gdy to pokoju wszedł słynny Killer. Ten sam, który najpierw mnie skopał, a potem dostał w twarz od tego psychola Malika. Ostrożnie podciągnęłam kołdrę do góry, zakrywając połowę twarzy. Bez słowa podszedł do łóżka, ciągnąc za sobą drewniane krzesło, na którym po chwili usiadł. Dopiero teraz zauważyłam ogromnego siniaka na jego policzku. Pamiątka po wczorajszym. Mimo wszystko najbardziej rzucającą się rzeczą w jego wyglądzie były oczy. Szmaragdy, które idealnie kontrastowały z ciemną cerą.
- Dlaczego? - zmierzył mnie wzrokiem. -Dlaczego stanęłaś w mojej obronie, po tym jak skopałem ci tyłek, tak, że ledwo możesz chodzić?
- Nie jest tak źle. - westchnęłam, na co odpowiedział mi nerwowym śmiechem. Miałam wrażenie, że mogę mu zaufać.
-Uważaj na siebie. - dodał, a już po chwili wyszedł z pokoju, zostawiając otwarte drzwi. Moment. To jest moja szansa by się stąd wydostać! Powoli podniosłam się łóżka, przyciskając opatrunek. Chwilę mi zajęło zanim podeszłam do drzwi. Powoli przesunęłam wielką, białą płytę i rozejrzałam się czy aby na pewno nikogo nie ma. Droga wolna. Wypełzałam się z pokoju, bo chodzeniem nie można tego nazwać. Próbowałam przypomnieć sobie drogę jaką pokonywałam wczorajszej nocy wraz z Naomi. Najtrudniej było pokonać schody.  Z moją raną, która ciągle dawała o sobie znać musiałam uważać by nie narobić hałasu. Nikogo nie ma! Pusto! Jeszcze nigdy nie byłam tak szczęśliwa. Przemierzałam ogromny salon, dążąc do swojego celu jakim w tym momencie były drzwi wyjściowe. To wszystko wydawało się zbyt proste. Pociągnęłam z klamkę, a moim oczom ukazał się wysoki blondyn ubrany w garnitur. Agh!
- Cześć? - zaśmiał się, powoli wchodząc do środka.
- Ja właśnie... wychodziłam. -odparłam, ciągle trzymając klamkę
- Bez butów? - zaśmiał się, a ja momentalnie spojrzałam na moje nagie stopy. Świetnie!
-Jak się nazywasz?- zmierzył mnie wzrokiem, a mi zawirowało w głowie. Ból zaczął się nasilać, a ja straciłam panowanie nad moim ciałem.
- Spokojnie... - chłopak złapał mnie w ostatnim momencie - Wszystko w porządku? Musisz się położyć. -  blondyn pomógł mi dotrzeć do ogromnej, czarnej kanapy, stojącej na środku pomieszczenia.
- Nic mi nie jest. - skłamałam. - Chcę już wrócić do domu. - dodałam, przez zaciśnięte zęby.
- Masz mdłości? Zawroty głowy? Bóle brzucha? - chłopak zasypywał mnie pytaniami.
- To z przemęczenia. - odparłam spokojnie, powoli się odsuwając.
- Nie żartuj sobie. - podciągnął skrawek mojej koszuli, ukazując zabandażowane żebra. - Myślisz, że jestem ślepy? Twoja koszulka jest poplamiona krwią, trzeba zmienić opatrunek.
- Chcę wrócić do domu, proszę. - spojrzałam na blondyna, który całkowicie mnie zignorował i zaczął otwierać wszystkie szafki. - Pomóż mi!
- Pomagam. - odparł, wracając z małą apteczką. Ukucnął obok mnie i znowu załapał za moją koszulę, a ja momentalnie odsunęłam jego dłoń.
- Słońce, daruj sobie. - skarciła mnie wzrokiem i odsunął moją rękę. Był o wiele bardziej delikatny niż Naomi. Zamknęłam oczy, gdy ściągnął ostatnią warstwę opatrunku. - Kiedy ostatnio jadłaś?
- Nie wiem. - westchnęłam. Prawda jest taka, że nie pamiętam. Szybko zgubiłam rachubę czasu, powoli pogrążając się w melancholii i, zapominając o całym świecie. - Kim jesteś? - spojrzałam na chłopaka. Był przystojny, dobrze ubrany.
- Jestem Matt. Tyle powinno ci wystarczyć. - rzucił szorstko. - Będzie lepiej jak wrócisz do pokoju. - dramatycznie zamknął apteczkę.
- Już mówiłam. Chcę wrócić do domu. - Dlaczego nikt nie chce tego zrozumieć?!
- Myślisz, że ktoś cię stąd wypuści - zaśmiał się.
 Już miałam ochotę podnieść się z kanapy i rzucić się w kierunku drzwi, gdy do pomieszczenia wszedł Zayn, który również ubrany był w garnitur. Co tu się dzieje? Uśmiech z jego twarzy momentalnie zszedł, gdy mnie zobaczył, jednak szybko skupił swój wzrok na blondynie, który o dziwo także stracił humor.
- Co ona tu robi? - rzucił zdenerwowany Zayn.
- Chcę wrócić do domu. - odparłam, a już po chwili ugryzłam się w język. Po co to w ogóle mówiłam? Idiotka.
- To niemożliwe. - odparł zamyślony brunet. - Wszystko gotowe, Matt? - zwrócił się do blondyna.
- Tak, możemy jechać. Pójdę po broń. - odłożył apteczkę na szklany stolik - Do zobaczenia mała.- mrugnął do mnie.
- Wracaj na górę. - rozkazał Malik, nawet na mnie nie patrząc. Chyba sobie żartuje. Nic nie odpowiedziałam. - Nie słyszałaś co powiedziałem? Wracaj na górę! Sama pójdziesz czy mam cię zanieść?! - krzyknął. Zanim zdążyłam otworzyć usta, chłopak podszedł do mnie i ... przełożył przez ramię, po czym ruszył w całkiem innym kierunku niż mój pokój.
- Puść mnie!- krzyczałam, uderzając pięściami w jego plecy.
- Jeszcze raz mnie uderzysz, a ci oddam! - syknął, a ja momentalnie się zamknęłam. Mijaliśmy ciemne korytarze, a mnie przeszedł dreszcz. Dziwne, ale chcę wrócić do tamtego pokoju! Błagam!

sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział II "To dopiero początek"

Obudziły mnie promienie słońce, które wkradały się przez ogromne, panoramiczne okno. Wczorajszą noc pamiętałam jak za mgłą, ale ból, który odczuwałam nie pozwalał mi o niej zapomnieć. Nie miałam nawet siły podnieść się i zobaczyć gdzie się obecnie znajduje. Wszystko wydawało się być iluzją, jakby to co wydarzyło się wczoraj nigdy nie miało miejsca. Leżałam na jakimś ogromnym i muszę przyznać strasznie niewygodnym łóżku w niewielkim, lecz idealnie zaopatrzonym pokoiku. Wszystkie ściany były białe, gdzieniegdzie rzucały się w oczy czarne lub szare akcenty. Cały wystrój pomieszczenia był surowy, być może przez ten porządek, który tu panował. Spodziewałam się starej, podrapanej piwnicy... Wszystko wyglądało tak idealnie. Na przeciwko łóżka widniały białe drzwi, a zaraz obok stało ogromne lustro, które prawdopodobnie przeznaczone było bardziej dla ozdoby niż do użytku. Gdy odwróciłam głowę od panoramicznego okna, które zajmowało całą jedną ścianę, zauważyłam wielką rozsuwaną szafę, koło łóżka znajdowały dwie szafki nocne po obu stronach, na których stały małe czarne lampki. Nie czułam się tutaj mniej obco niż w moim własnym domu. A może właśnie w nim jestem? Dawno mnie przecież nie było, może znajduję się w jednym z pokoi. A co jeśli wczorajszej nocy ktoś usłyszał mój krzyk i przybył z odsieczą? To są tylko moje insynuacje, ale jak bardzo chciałabym żeby okazały się prawdziwe. Spuściłam wzrok na moje żebra. Dopiero teraz zorientowałam się, że mam założony opatrunek, a moja sukienka... została przecięta na pół. Nie wyglądało to za dobrze. Zacisnęłam mocno powieki i spróbowałam się podnieść z łóżka. W sumie to nawet już tak nie bolało. Nie, jednak boli. Strasznie boli! Przetarłam oczy i ruszyłam w stronę okna. Już byłam w połowie drogi, gdy usłyszałam czyjeś głosy, które z każdą sekundą stawały się coraz głośniejsze. Ustałam na środku pokoju i po  chwili zawahania wróciłam z powrotem na swoje miejsce. Głosy nagle umilkły... a już po chwili klamka u drzwi zaczęła się przekręcać. Chciałam zamknąć oczy i udawać, że śpię, ale było za późno. Do pokoju wszedł brunet, którego miałam "przyjemność" poznać wczoraj w nocy oraz blondynka, która wyglądała nieprzyzwoicie dobrze.
Bez słowa podeszli do łóżka, na którym leżałam. Nawet na mnie nie spojrzeli, przyglądali się mojej ranie.
Miałam rację. Był przystojny. Teraz, w  świetle dziennym wiem to na pewno. Miał ciemną karnację, wielkie hipnotyzujące, czekoladowe oczy i czarne, podburzone we wszystkie strony włosy. Ubrany był w białą koszulkę z jakimś kolorowym nadrukiem i spodnie tego samego koloru.Jak ja mogę myśleć o tym w takiej chwili?!
-Co o tym sądzisz?- zwrócił się do dziewczyny, a mnie przeszedł dreszcz, gdy usłyszałam jego silny, męski głos. - Dlaczego wczoraj pluła krwią?
-Odzyskała przytomność, to dobrze wróży .- odparła skupiona blondynka. Wyglądała jak dziewczyny z tych modowych szmatławców. Miała na sobie krótką, granatową sukienkę, która idealnie podkreślała kolor jej błękitnych oczu. Jej  blond włosy delikatnie opadały falami na jej ramiona, wyglądała jakby dopiero co urwała się z sesji zdjęciowej.
Przybliżyła dłoń do opatrunku, na co instynktownie odpowiedziałam odepchnięciem jej ręki od swojego  ciała. Blondynka skarciła mnie wzrokiem.
- Spokojnie. Nic ci nie zrobię.- westchnęła i kontynuowała ściąganie bandaża. Czułam się strasznie niekomfortowo, gdy poczułam uderzenie chłodnego powietrza na moim dopiero co odkrytym ciele. Nie mogłam zobaczyć jak wyglądają moje żebra, ale po skwaszonej minie blondynki można wywnioskować, że nie najlepiej. Ona chociaż wyrażała jakieś emocje, bo chłopak nie okazywał ich wcale. Po prostu stał i śledził każdy ruch dziewczyny.
- Trzeba zmienić opatrunek.- odparła zniesmaczona.
- Zrób to.- westchnął znudzony chłopak, po czym skierował się w stronę drzwi. Nawet nie raczył wyjaśnić jakie są jego zamiary wobec mnie.
-Nie jestem twoją służącą Zayn.- rzuciła podirytowana blondynka.
Zayn, więc tak ma na imię. Kim jesteś Zayn i czego ode mnie chcesz? Dlaczego jestem taka spokojna?
- Ja mam na ten temat inne zdanie.- chłopak odwrócił się w stronę dziewczyny i puścił do niej oczko, po czym bez żadnych skrupułów wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Blondynka nachyliła się do jednej z szafek nocnych i wyciągnęła malutką, czerwoną apteczkę. Bez słowa zaczęła zakładać opatrunek. Nie należała do najdelikatniejszych osób. Auć.
-Gdzie ja jestem?- spytałam przez zaciśnięte zęby, podczas gdy blondynka psikała moją ranę jakimś sprejem. Dziewczyna jednak nie odpowiedziała. Myślałam, że nie usłyszała, dlatego ponowiłam pytanie, ale znowu nie uzyskałam odpowiedzi. Blondynka ewidentnie mnie ignorowała. W milczeniu dokończyła swoją "pracę".
Ponownie nachyliła się do szafki nocnej by schować apteczkę. Gdy wstała, zauważyłam, że trzyma w rękach jakiś czarny materiał, który odłożyła na brzeg łóżka.
-Dasz radę sama wstać?- spytała, przyglądając mi się. No proszę, teraz to potrafi gadać. Powoli zsunęłam się z łóżka, choć w środki skręcałam się z bólu próbowałam tego nie okazywać.
- Tam jest łazienka.- wskazała na białe drzwi, których wcześniej nie udało mi się zobaczyć.- Poczekam tu na ciebie.- usiadła na łóżku z wielką gracją, a ja posłałam jej pytające spojrzenie.
Nie miałam ochoty wykonywać jej poleceń, ale o niczym nie marzyłam jak o wzięciu zimnego prysznica.
Powoli dowlekłam się o drzwi, które gdy tylko weszłam do środka zakluczyłam. Łazienka była rozmiarów mojego pokoju z akademiku. I tutaj dominowały biel i czerń. Na wyposażenie składał się : ogromny prysznic, który bez problemu pomieścił by 6 osób, biała umywalka oraz toaleta. Wszystko wyglądało jakby było przygotowane specjalnie dla mnie. Nawet szczoteczka leżąca w białym kubeczku była jeszcze zapakowana. Jedną ze ścian zastępowało ogromne lustro. Nie podobało mi się odbicie, które w nim zobaczyłam. Wyglądałam jakbym została potrącona przez 10 samochodów, a na koniec tego wpadła do rzeki. Moje włosy jeszcze nigdy nie wyglądały tak źle. Sukienka, którą na sobie miałam, a raczej to co z niej zostało, sprawiało, że wyglądałam jak z cyrku.
Zrezygnowana podeszłam do umywalki i rozpieczętowałam szczoteczkę, na którą po chwili nałożyłam pastę. Ciągle mam nadzieję, że to wszystko mi się po prostu śni, że zaraz się obudzę w swoim łóżku w akademiku. Najbardziej irytowała mnie fakt, że nie wiem gdzie jestem i co ja tu robię.
Gdy skończyłam myć zęby, obmyłam twarz, rozpuściłam włosy i już miałam ochotę wejść pod prysznic gdy przypomniałam sobie o opatrunku. Nie po to ta blondzia marnowała swój czas, żebym teraz tak beztrosko zamoczyła jej dzieło. Pozbyłam się resztek mojej sukienki,  po czym powoli weszłam pod prysznic. Puściłam zimny strumień wody, który pobudził moje ciało to życia. Trzymając słuchawkę przy ciele, starałam się nie pomoczyć bandaży i muszę przyznać, że udało mi się.
Owinęłam się ręcznikiem wiszącym na wieszaku, po czym wyrzuciłam resztki mojej sukienki do kosza. Gdyby moja mama to widziała...no właśnie. Czym ja się martwię? Prędzej czy później moi rodzice zorientują się, że zniknęłam i zgłoszą to na policję.
- Utopiłaś się tam?- usłyszałam głos blondynki, który przesiąknięty był sarkazmem i jadem.
Przewróciłam oczami i wyszłam z łazienki.
Dziewczyna zmierzyła mnie wzrokiem.
-Masz.- rzuciła we mnie czarnym materiałem. -Załóż to na siebie.
 Bez słowa, wróciłam do łazienki. Wsunęłam na siebie czarny t-shirt, który był na mnie o wiele za duży oraz spodnie tego samego koloru, które na szczęście idealnie na mnie pasowały.
Sobie założyła sukienkę, a mi wcisnęła za dużą bluzkę. Pff.
-Już. -rzuciłam wychodząc z łazienki.
-Jak się czujesz?- To chyba najgłupsze pytanie jakie można zadać osobie, znajdującej się w mojej sytuacji.
- A jak mam się czuć?- wyrzuciłam dłonie w powietrze, w geście kompletnej rezygnacji - Ciągle czuję smak mojej własnej krwi w ustach, wszystko mnie boli, wyglądam jak jakieś monstrum, zostałam porwana przez... nawet nie wiem kogo i nie wiem gdzie jestem, ani dlaczego?! Jeśli to jakiś głupi żart to niech się skończy- krzyknęłam, czułam, że wyrzuciłam z siebie prawie wszystkie emocje, które buzowały w moim ciele- I co, myślisz, że jak się czuję? - spojrzałam na blondynkę, która ze stoickim spokojem wpatrywała się we mnie jak w wariatkę.
-Dobrze.- mruknęła podirytowana.- Na serio chcesz wiedzieć gdzie jesteś?-pewnym krokiem podeszła w moją stronę, nie spuszczając ze mnie wzroku. Zaczynam się jej bać. Wbiła we mnie ten swój mrożący wzrok. Nie jestem już taka pewna czy chce znać odpowiedź.
-Witaj w piekle Jessie.- wycedziła, a mnie zamurowało.- Wyobraź sobie najgorsze miejsce na całej planecie i wiesz co? To miejsce jest dwa razy gorsze.- z każdym jej kolejnym słowem robiło mi się coraz gorzej. Jeżeli chciała mnie nastraszyć to zdecydowanie jej się to udało. Blondynka - 1,Jessie - 0.  Bałam się, że za chwilę powie coś więcej, ale na moje szczęście rozległ się dźwięk dzwonka. Nawet nie zwróciłam uwagi, że na jednej z szafek nocnych stoi biały, stacjonarny telefon, który kompletnie nie pasował do nowoczesnego wyposażenia.
-Tak?-rzuciła chłodno blondynka do słuchawki, a ja odetchnęłam z ulgą.- Już się robi.- na jej twarzy pojawił przebiegły uśmieszek, to nie wróży nic dobrego.
Powoli odłożyła słuchawkę na swoje miejsce.
-Czas zacząć zabawę.- zaśmiała się, klaskając w dłonie. Nie mam kompletnego pojęcia o co jej chodzi.
Podeszła do drzwi, ale zaraz się zatrzymała.
-Potrzebujesz jakiegoś specjalnego zaproszenia?- zmierzyła mnie wzrokiem... chciałam jej odpowiedzieć, ale w głębi duszy wiedziałam, że to i tak nic nie da, a poza tym byłam zbyt zmęczona na kłótnie.
Wyszłam z pokoju, tuż za mną szła blondynka, która pokazywała mi drogę pchając mnie co chwilę,a każdy kolejny krok sprawiał mi niewyobrażalny ból. Zawsze sobie wyobrażałam, że mieszkania do których trafiają uprowadzeni ludzie są zniszczone, brudne i zaniedbane, ale  to miejsce jest zupełne inne. Prędzej powiedziałabym, że mieszka tu jakiś milioner. Wystrój całego mieszkania opierał się na białych i czarnych barwach oraz dodatkach w tym samym kolorze. Było tu pięknie, lecz surowo. Zabawne, ale ten opis skojarzył mi się z moja matką.
Ciągle schodziłyśmy schodami w dół i w dół. Ile schodów może być w jednym budynku?!
Gdy minęłyśmy pierwsze piętro białe ściany zaczęły zmieniać się czarne, a cały urok zgasł. Tak właśnie wyobrażałam sobie miejsca gdzie uprowadzają ludzi. Nagle zrobiło się strasznie zimno. Panowała tu kompletna ciemność, a mimo to blondynka poruszała się po tych korytarzach jakby znała je na pamięć. Zatrzymała się przy ogromnych mahoniowych drzwiach, które kompletnie odbiegały od mrocznych, zakurzonych korytarzy. Wyglądało to dość zabawnie, jakby ktoś wkleił je tutaj z innej bajki. Blondynka popchnęła ogromną płytę, po czym wepchnęła mnie do środka... samą. Trzask drzwi sprawił, że przeszły mnie jeszcze większe dreszcze. Stałam w jakimś... biurze? Pomieszczenie było strasznie ciemne, oświetlał je jedynie płomień z kominka umieszczonego na przeciwko mnie. Wszędzie było pełno... broni. Nie zauważyłam jej wcześniej! Całe ściany były pokryte pistoletami, karabinami i innymi zmyślnymi urządzeniami do torturowania i zabijania. Wzięłam głęboki wdech i zamknęłam oczy. To pomieszczenie to tykająca bomba.
- I jak ci się podoba?- o mało co nie dostałam zawału, słysząc głos chłopaka. Otworzyłam oczy i zobaczyłam jak siedzi sobie z nagami położonymi na biurku oraz rękoma podtrzymującymi kark.
-Usiądź.- rzucił ostro, poprawiając swoją pozycję na fotelu. Domyśliłam się, że chodzi mu o małą zieloną, sofę stojącą koło kominka, bo nic innego nie nadawało się by na tym usiąść.
-Chcesz się czegoś napić?- spytał, wstając od biurka i sięgając po szklane naczynie stojące na stoliku przede mną. Pokiwałam przecząco głową.
-Nie jesteś zbyt rozmowna.- przewrócił oczami.- Jessabelle Kate Roe- wypowiedział na głos, jakbym sama nie wiedziała jak się nazywam. Ale moment...  skąd on wie?
-W sumie, to jesteście podobne.- odparł z dziwnym uśmieszkiem na twarzy. Podobne? O kogo mu chodzi?!
-Rozumiem, że chodzi o pieniądze- rzuciłam pewnie. Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze!
- Materialistka z ciebie. W życiu nie zawsze chodzi o pieniądze, o wiele częściej chodzi o emocje. W tej grze nie chodzi o pieniądze.- westchnął, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech..
- Nie mam zamiaru bawić się w jakieś durne gierki. - powoli wstałam z kanapy
-Doprawdy?- Był coraz bliżej.- Świetnie wyglądasz w mojej koszulce- mruknął. Z każdym jego kolejnym krokiem cofałam się do tyłu, aż w końcu zatrzymała mnie zimna powierzchnia, która zablokowała mi możliwość ucieczki. Głupia ściana!- Killer!-krzyknął, a już po chwili do pomieszczenia wszedł, wysoki, umięśniony czarnoskóry mężczyzna, ubrany w zwykły biały t-shirt i czarne spodnie, do których przymocowaną miał broń.
- Jessie poznaj Killer'a. W sumie to wczoraj mieliście przyjemność się już spotkać, kiedy to bardzo go zraniłaś.- Ja? Szczerze, ten cały Killer nie wyglądał na facet, który  poczułby nawet najsilniejsze uderzenie od kogoś takiego jak ja, co ja mówię, on by nawet nie poczuł uderzenia samochodem. To po prostu jego wyrośnięte ego... nie potrafił przyjąć do świadomości faktu, że uderzyła go dziewczyna i dlatego mi oddał. Próbowałam sama sobie wytłumaczyć zachowanie chłopaka.
- Oddaj broń.- Zayn wyciągnął dłoń. Killer, czy jak on się tam nazywa, nawet nie zdążył ruszyć ręką, bo brunet uderzył go pięścią w twarz, w efekcie czego ten upadł na ziemię. Z szeroko otwartymi oczami przyglądałam się całej tej sytuacji. Przyłożyłam dłoń do ust, próbując stłumić krzyk, gdy zauważyłam zakrwawioną twarz chłopaka.
- Powiedziałem, że jeśli spadnie jej włos z głowy to cię zabije.- Zayn nachylił się do zakrwawionego "przyjaciela" i przyłożył mały, czarny pistolet do jego skroni. Skąd on wziął tą broń?!
Wszystko działo się tak szybko. Nawet nie wiem kiedy znalazłam się klęcząc przy Killerze.
- Nie zabijaj go, proszę.-rzuciłam błagalnie.
Nie znałam go, ale nie wybaczyłabym sobie, gdyby zginął przeze mnie.
-A co, chcesz to zrobić za mnie? Proszę bardzo- wyciągnął broń w moją stronę.
-Nie rób mu krzywdy.- pisnęłam
-Kotku, nie róbmy z tego dramatu.- spojrzał na mnie z politowaniem.
Dramatu? Ale to właśnie jest pieprzony dramat!
Spojrzałam w oczy czarnoskórego chłopaka, emanował z nich strach, ale w znacznej mierze obojętność... ja jednak widziałam w nich ciepło. Może jestem wariatką, ale ja na serio nie wiedziałam co się dzieje.
-Nie rób tego.- o mało co nie zalałam się łzami. Nie wiedziałam do czego zdolny jest Zayn, ale nie chciałam żeby ktokolwiek ucierpiał.
- Masz szczęście, dzisiaj mam dzień dobroci dla zwierząt, ale następnym razem zrobię wszystko byś wąchał kwiatki od spodu.- Brunet z impetem rzucił Killer'a na podłogę. - Wyjdź stąd.
Nawet nie wiem kiedy chłopak opuścił pomieszczenie.
Cała drżałam, adrenalina pulsowała w moich żyłach, a ja czułam się jakbym zaraz miała zwymiotować.
-Wypuść mnie.-podniosłam wzrok na chłopaka, który już stał przy mnie. Zayn powoli nachylił się i szepnął mi wprost do ucha:
- Prędzej czy później sama będziesz błagała by tu zostać.
-Chyba w twoich snach.- warknęłam, odpychając chłopaka. To nie był dobry pomysł, co można było stwierdzić po minie chłopaka. Z impetem przycisnął mnie do ściany i nagle wszystkie, dosłownie wszystkie mięśnie mojego ciała zaczęły mnie boleć. Adrenalina nadal buzowała w moim organizmie, a paraliżujący mnie strach hamował moje ruchy. Byłam za bardzo przerażona by się poruszyć.
-To moja gra i moje zasady, zrozumiano?- spytał, prawie krzycząc mi do ucha- Patrz na mnie, gdy do ciebie mówię.-złapał mój podbródek i podniósł tak, że moje oczy znajdowały się idealnie na przeciwko jego.  Podobno to właśnie z oczu można wyczytać najwięcej, ale nie z jego. Jego są puste, obojętne, nie wyrażają żadnej emocji...no chyba, ze złość...w nich nie potrafiłam dostrzec ciepła, takiego jak u Killer'a...
- W każdej chwili mogę znieść zakaz dotykania ciebie.- Jaki znowu zakaz?!- W końcu jest tu trochę mężczyzn niech sobie poużywają.- zmierzył mnie wzrokiem. Zamknęłam oczy i modliłam się, żeby to wszystko się skończyło.
-Wyjdź.- rzucił, odsuwając się ode mnie i zostawiając całą w rozsypce emocjonalnej. Odetchnęłam z ulgą i prawie biegłam w kierunku wyjścia.
-I jak tam?- przywitała mnie blondynka. Stała tu przez cały czas?
Wracając na górę, próbowałam poukładać sobie wszystko w głowie, ale na próżno. Miałam tam kompletny mętlik.
-W szafce nocnej, w ostatniej szufladzie masz piżamy. Wiesz już gdzie jest łazienka.- rzuciła dziewczyna, gdy z powrotem znalazłyśmy się w tym samym pokoju co wcześniej.
Nie odpowiedziałam. Nie miałam siły. Czułam się jak pionek w jakieś popapranej grze. Chciałam żeby ten koszmar się skończył. Bezwładnie usiadłam na łóżku.
-Jestem Naomi.- blondynka, podeszła do mnie. Powoli podniosłam wzrok i zobaczyłam w jej oczach współczucie. Coś nowego. - Dam ci dobrą małą radę, nie staraj się wygrać, wystarczy, że grasz według jego zasad, go i tak nie pokonasz.- I co to miały niby znaczyć? -Dobranoc.- rzuciła kierując się w stronę drzwi.
-On nie chce okupu, prawda? . Jest kryminalistą, zrobię wszystko by trafił za kratki, czyli tam gdzie jego miejsce! - krzyknęłam, a dziewczyna zatrzymała się, trzymając klamkę w dłoni.
-Zayn jest potworem. - odwróciła się w moją stronę. To mnie pocieszyłaś dziewczyno!- Ale ty tego nie zrobisz.
-Niby dlaczego?- posłałam jej pytające spojrzenie.
- Pomimo, że jest potworem ma coś w sobie, coś co nie pozwala ci o nim zapomnieć, coś co sprawia, że nie potrafisz przestać o nim myśleć, aż w końcu się w nim zakochujesz i właśnie dlatego tego nie zrobisz, prędzej czy później i ty wpadniesz- słowa dziewczyny o mało nie wbiły mnie w materac.- Nawet nie wiesz do czego on jest zdolny. To dopiero początek.

sobota, 3 maja 2014

Rozdział I "Zagrajmy"

Punkt 7:00 rano mechaniczny trzask radiobudzika przerwał krąg moich snów, a raczej koszmarów, przywracając mój mózg do stanu pełnej świadomości. No prawie. Oznaki nieprzespanej nocy dawały o sobie znać. Leniwie podniosłam się z łóżka i wyłączyłam budzik, który pewnie obudziłby cały akademik. Nienawidzę go. Obiecuję, że kiedyś wyrzucę go przez okno. Spuściłam nogi na podłogę, siadając na brzegu łóżka. Podłoga była dziwnie zimna i nieprzyjemna w dotyku. Ugh. Spojrzałam na mój pokój przez opadające na moją twarz kosmyki włosów. Kochałam go. Może nie był duży, góra trzy metry na cztery i miał tylko dwa okna podzielone na małe szybki, to jednak miał coś w sobie. Farba na ścianach miała odświeżający, limonkowy kolor i idealnie komponowała się z białymi dodatkami jakimi pozwoliłam sobie udekorować moje tymczasowe lokum. Umeblowanie było standardowe, dostarczone przez uczelnię. Składało się na nie jednoosobowe łóżko , szafka nocna, komoda, regał, biurko i dwa fotele. Czego więcej potrzeba do szczęścia?
Na samą myśl, że mam opuścić swoje cztery ściany ogarnął mnie dreszcz. Czasami mam takie dni, że lepiej byłoby dla mnie, gdybym spędziła je w łóżku, zamknięta w mieszkaniu. I ten dzień właśnie do takich należy. Sobota,  30 czerwiec, zerknęłam na mały biurowy kalendarzyk stojący na szafce nocnej tuż obok malutkiej białej lampki oraz otwartego podręcznika z anatomii, którego wczoraj zdążyła przeczytać od deski do deski. Nie wiem dlaczego porwałam się na tą medycynę? Nie mogłam wybrać czegoś bardziej przyjemnego jak na przykład architektura? Ach, no tak. Przecież to nie zależało ode mnie. Moi kochani rodzice od samego początku ingerowali w moje życie i sami zaplanowali moją przyszłość. Dobrze, że jeszcze męża mi nie wybrali... mam nadzieję, że nie powiedziałam tego za wcześnie. Szczerze mówiąc to nawet na początku pasjonowała mnie medycyna, te tajemnice i zagadki skrywane w ludzkim ciele. Jednak zapał szybko minął. Już po pierwszym miesiącu miałam dość siedzenia na wykładach i słuchaniu o tym jak zachowują się tkanki zwierzęce w różnych środowiskach. Nuda.
To właśnie dzisiaj wszyscy uczniowie z radością opuszczają mury akademiku, no prawie wszyscy, i wracają do swoich domów by zrelaksować się i odpocząć  by po upływie dwóch miesięcy wrócić i kontynuować naukę. Muszę przyznać, że strasznie stęskniłam się za rodzicami, jednak wiem, że nie mogę oczekiwać od nich tej samej reakcji. Od kiedy byłam małym dzieckiem nasze stosunki były chłodne. Nigdy ich nie było, a jak już się zjawiali to tylko z nowymi pretensjami. Matkę jeszcze potrafię zrozumieć. Ona oskarża mnie o zrujnowanie kariery modelki...swojego czasu była podobno niezwykle rozchwytywana przez wszystkich projektantów i właścicieli marek kosmetycznych, ale potem pojawiłam się ja i wszystko szlag trafił. Ale ojciec? Hmmm... Kiedyś był inny... czuły, troskliwy, opiekuńczy.... był po prostu tatą. Pewnego dnia wrócił z pracy i ze stoickim spokojem oznajmił mi, że zamieszkam w akademiku. Nie spytał mnie nawet o zdanie... Może powinnam być wdzięczna, że to nie internat? W sumie to wszystko mi jedno. Rodzice wybrali najlepszy uniwersytet w kraju, więc grzechem byłoby narzekać. Bo o to właśnie chodzi w życiu, o ciągłe stawienia poprzeczek, które należy pokonywać, na samodoskonaleniu się, prawda? Od dziecka była dość zdecydowaną osobą, a jedną z moich wad, jak i zalet była ambicja. Zawsze dążyłam do perfekcji, chciałam wszystko robić na sto procent. Świetne wyniki, dobra szkoła, potem wymarzona praca, rodzina... tylko tyle, albo aż.
Strasznie ciekawiło mnie jak to będzie, gdy po tylu miesiącach nieobecności wrócę... Czy coś się zmieniło? Czy tęsknili?
Wyskoczyłam szybko z ciepłej pościeli i od razu wbiegłam do łazienki. Odkręciłam prysznic i upłynęło cztery, może pięć minut zanim woda stała się ciepła. Gdy skończyłam już swoją poranną toaletę, która składała się z mycia zębów, suszenia włosów, czesania i nałożenia delikatnego make-up'u wróciłam do pokoju wybrać rzeczy.  Tym razem było jednak inaczej.Od razu sięgnęłam  po czarne rurki i biały top. Do tego zestawiłam czarne, zwykłe trampki. Moje ulubione.
Przed wyjściem sprawdziłam jeszcze czy niczego nie zapomniałam. Klucze, portfel, telefon, lusterko, chusteczki .Cała zawartość mojego plecaka się zgadzała . Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie przepadałam za noszeniem torebek. To nie dla mnie. Wolę bardziej praktyczne rzeczy.
Ostatni raz spojrzałam na mój mały pokoik. Wyglądał tak ... inaczej. Panował tu niezwykły porządek i ład. Pościelone łóżko, odkurzone meble, zasłonięte okna. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie. Będę tęsknić.
Sięgnęłam po czarną, skórzaną kurtkę, która wisiała na wieszaku i wyszłam z pokoju. Po drodze mijałam kilku znajomych, którzy z okazji zakończenia roku szli się zabawić lub wracali na do domu. Z niektórymi wymieniłam się spojrzeniami i krótkim "cześć" lub po prostu delikatnym uśmiechem.
Podeszłam do portierni by oddać klucze. I już...
Popchnęłam wielkie, frontowe drzwi, od razu poczułam jak w moją twarz uderza zimne powietrze. Nie sądziłam, że może być tak chłodno o tej porze roku. Rozejrzałam się dookoła szukając samochodu, który był podstawiony przez moich rodziców. Jest.
-David!- krzyknęłam, gdy w tłumie ukazała mi się znajoma twarz. David jest jednym z pracowników ojca i jest jak część rodziny.
-Jessabelle.- przytaknął głową. Jak zwykle formalny. Nie musiałam długo czekać, by pojawił się tuż obok mnie i pomógł mi znieść walizkę ze schodów.
-Wystarczy Jessie. Dziękuję.- rzuciłam, gdy właśnie chował moje bagaże do samochodu.
Nawet nie wiem czy coś odpowiedział...nie słyszałam. Byłam za bardzo zajęta wpatrywaniem się w ogromny budynek, który za chwilę miałam opuścić. Nie mówię, że jakoś niezwykle przypadło mi do gustu mieszkanie w małym, ciasnym pokoiku, ale dziwnie się czułam z myślą, że jutro już nie obudzę się w moim, zbyt miękkim i niewygodnym łóżku.
-Jessa.. Jessie - szybko się poprawił - Możemy?- głos David'a wyrwał mnie z rozmyśleń w samą porę. Jeszcze chwila i zalałabym się łzami.
Bez słowa wsiadłam do samochodu. Zapięłam pasy i ostatni raz spojrzałam na akademik.
Droga mijała niezwykle spokojnie... za spokojnie. Kilka razy próbowałam wszczynać rozmowę z David'em, ale na próżno. Wszystkie jego odpowiedzi ograniczały się do 'tak' lub 'nie', czasami padały też słowa ' nie wiem'. Szybko dałam sobie z tym spokój, więc dalsza podróż minęła w kompletnej ciszy.
Przez tą podróż straciłam wszystkie chęci do życia, na szczęście znajomy krajobraz, który oznaczał, ze jesteśmy już blisko celu, sprawił, że znowu odzyskałam energię. Chciałam już wysiąść z samochodu i wbiec do środka mojego domu. Byłam ciekawa ile rzeczy uległo zmianie... David ledwo co zdołał zatrzymać pojazd, gdy otworzyłam drzwi i po prostu wysiadłam.
Na zewnątrz nic się nie zmieniło. Ogromny, biały dom utrzymany w stylu modernistycznym, o wiele za duży jak na mój gust z wielkimi oknami mieszczącymi się w prawie każdym pomieszczeniu. Dookoła znajdował się idealnie, wypielęgnowany ogródek, który przywracał moje wspomnienia z dzieciństwa.
Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam ogromnymi białymi schodami, które prowadziły do frontowych drzwi. Przez kilka minut stałam trzymając w dłoni klamkę i zastanawiałam się, czy ją przekręcić. Koniec końców ciekawość wygrała i już po chwili znalazłam się w środku. Nie spodziewałam się tutaj tylu ludzi... obcych ludzi, którzy krzątali się dookoła i dekorowali pomieszczenia. Czyżby jakaś impreza niespodzianka z okazji mojego przyjazdu? To bardziej niż niemożliwe.
Zmieszana stałam pośrodku tego całego harmidru.
-Jessabelle?- usłyszałam znajomy, surowy głos. Aż przeszły mnie ciarki. Mama. Podniosłam wzrok i zobaczyłam jak powoli schodzi ze schodów. Jak zwykle elegancka i zimna. Cała ona. Czarna, idealnie dopasowana sukienka, która podkreślała jej figurę. Figurę,której mogła pozazdrościć niejedna nastolatka... a dokładnie rzecz biorąc ja, oraz wysokie szpilki tego samego koloru. Jedyne co mnie zdziwiło w jej wyglądzie to rozpuszczone włosy... nigdy nie widziałam jej w rozpuszczonych...zawsze je spinała. Muszę przyznać wyglądała nieziemsko.
Chciałam coś odpowiedzieć, ale gula, która uformowała się w moim gardle mi nie pozwoliła. Stałam po prostu jak wryta, gapiąc się na nią. Idiotka ze mnie.
-Dobrze, że wróciłaś.- rzuciła, podchodząc do mnie.- Za godzinę przyjeżdżają goście twojego ojca. Zrób coś ze sobą.-zmierzyła mnie wzrokiem i odeszła....
Tylko tyle?  Nie widziałyśmy się przez tyle miesięcy, a ona nawet się ze mną nie przywita?! Mogłam się przecież tego spodziewać. Zdenerwowana ruszyłam do swojego pokoju.
Wyglądał tak samo jak w dniu, gdy wyjeżdżałam. Fioletowe ściany, ogromne, idealnie pościelone łóżko stojące na środku, mała toaletka obok, białe drzwi prowadzące do garderoby oraz identyczna para  wiodąca do toalety, komoda tego samego koloru, na której stały puchary, za jakieś beznadziejne turnieje tańca lub konkursy wiedzowe i moje ukochane panoramiczne okna, które zastępowały jedną ze ścian i prowadziły na taras.
Podeszłam do łóżka i zauważyłam, że leży prosta, granatowa sukienka, która jak na mój gust była zbyt sztywna.
"Załóż to na dzisiejszy wieczór."
Bez trudu rozpoznałam charakter pisma mojej mamy. Zgniotłam karteczkę w ręce i rzuciłam nią o ścianę. Ostatni raz spojrzałam na wybraną dla mnie sukienkę i ze spuszczonym wzrokiem weszłam do łazienki. Tutaj także bez zmian, chyba, że chodzi o wyposażenie. Zauważyłam, że wszystkie płyny do kąpieli, mydła oraz szampony zostały dokupione, zresztą tak samo jak szczoteczka do zębów oraz ręczniki. Strasznie korciło mnie by wziąć długą kąpiel z bąbelkami, ale jestem na 100 % pewna, że zajęłaby mi ona odrobinę więcej czasu niż godzinkę....a nawet tyle już nie mam. Szybko wskoczyłam pod prysznic. Od razu włączyłam zimny strumień wody, który pobudził moje ciało do życia. Po zużyciu połowy zawartości szamponu i płynu do kąpieli zakręciłam wodę i ruszyłam myć zęby i suszyć włosy. Wszystko w tym samym czasie. Odłożyłam suszarkę na swoje miejsce i spojrzałam w lustro. 
-Jak ja wyglądam?- westchnęłam sama do siebie. 
Zerknęłam na zegarek, jeszcze mam 30 minut. Dam radę! 
Szybko sięgnęłam po prostownicę i delikatnie wyprostowałam włosy, tym samym pozbywając się niesfornych kosmyków, a ponieważ robienie makijażu nie należy do moich mocnych stron, delikatnie pomalowałam oczy i wyszłam z łazienki. 
Przez kilka minut przyglądałam się sukience, którą mam na siebie założyć, aż w końcu doszłam do wniosku, że nie jest tak zła. Szybko się w nią wśliznęłam i podeszłam do lustra. Jakoś ujdzie. Popsikałam się moimi ulubionymi perfumami i zeszłam na dół. Idąc schodami słyszałam rozmowy ludzi. Błagam, żebym się nie spóźniła. Uff... na szczęście na dole nie było jeszcze nikogo prócz moich rodziców i jakiejś pary, i zgaduje ich syna. 
-Dzień dobry- rzuciłam z uśmiechem. 
-Dobry wieczór.- odparł wysoki mężczyzna. Wyglądał bardzo przyjaźnie.- Ktoś tu chyba nie przestawił zegarka.- zaśmiał się grzecznie.
Czy ja zawsze muszę coś pokręcić?! Przez to całe zamieszanie całkowicie zgubiłam rachubę czasu. Nawet bałam się spojrzeć na moją mamę w tym momencie bo pewnie zabiłaby mnie wzrokiem.
-Jessabelle, to pan Shelley oraz jego syn George.- Moment. Ta miła pani, która przed chwilą się uśmiechała to moja mama? Co oni jej zrobili? Przecież ona się nigdy nie uśmiecha...
-George, miło mi.- rzucił chłopak i delikatnie musnął moją dłoń.
Czy on musi tak świetnie wyglądać w tym garniaku?! Jejku, chyba się zarumieniłam. Jeszcze nigdy nie poznałam nikogo tak uroczego i seksownego jednocześnie. A ten jego uśmiech, a oczy .... czy ja się ślinie? Wysoki brunet z karmelowymi oczami... wyglądał jakby urwał się z bajki Disney'a. 
-Jessabelle, ale mów mi Jessie.- odparłam, starałam  się żeby zabrzmiało to jak najbardziej ponętnie, ale chyba nie do końca mi wyszło. 
-Mogę porwać państwa córkę?- spytał niespodziewanie chłopak, a ja zamarłam.- Chciałbym zwiedzić okolice i byłbym niezmiernie zaszczycony gdybyś mi towarzyszyła.- zwrócił się do mnie, a ja momentalnie poczułam pieczenie na moich policzkach, które w tym momencie pewnie wyglądały jakby ktoś oblał je czerwoną farbą.
-Jest już bardzo późno...-odparła moja mama z wahaniem
-Sarah- wysoka blondynka, stojąca obok pana Shelley'a, złapała moją mamę za rękę.- George jest bardzo odpowiedzialny.- dopiero teraz zorientowałam się, że ta kobieta jest o wiele za młoda by być matką chłopaka... wyglądała na góra 28 lat, więc albo nią nie jest, albo zna naprawdę dobrego chirurga plastycznego.
-A więc dobrze, tylko uważajcie na siebie.- rzuciła radośnie.
-Można?- brunet wyciągnął dłoń w moim kierunku. Bez wahania ją złapałam. Nie ma co marnować czasu, moja mama może się rozmyślić w każdej chwili. Pociągnęłam chłopaka za rękę i już po chwili staliśmy na zewnątrz.
- Śpieszyło ci się.- zaśmiał się George, posyłając mi swój zniewalający uśmiech z reklamy pasty do zębów. Przez chwilę wydawało mi się, że już kiedyś się poznaliśmy.
-Taaak, szkoda marnować taki piękny wieczór.- rozejrzałam się dookoła. Mama miała rację było już bardzo późno... na szczęście światło księżyca oświetlało cały krajobraz.
-Idziemy?- spytał chłopak, a ja tylko pokiwałam głową. Dawno nie spotykałam się z nikim... no dobra... nigdy się z nikim nie spotykałam, moja mama nie lubiła moich przyjaciół i nie pozwalała mi z nimi wychodzić, a przez szkołę, nie miałam czasu by kogoś poznać, więc to tłumaczy moje dziwne zachowanie. Ja chyba po prostu boję się uczuć.
Szczerze to liczyłam, że będziemy spacerować po ogrodzie, jednak George wybrał inną drogę, jedną z polnych uliczek, prowadzących do...no właśnie nie mam pojęcia. Fakt, że ostatnie lata spędziłam mieszkając w akademiku sprawił, że sama zapomniałam wielu rzeczy.
- A więc medycyna, tak?- brunet skupił na mnie swój wzrok
- Na to wygląda, a ty?- mój głos wydał mi się dziwnie piskliwy
-Również medycyna.- Nie dość, że przystojny to jeszcze lekarz. Jeżeli to jest jedyny facet, z którym pozwala mi się umawiać moja matka, to biorę go w ciemno.
Robiło się coraz później, a my ciągle rozmawialiśmy o najróżniejszych rzeczach. Jeszcze z nikim nie dogadywałam się tak dobrze. Wydawało mi się, że znam go całe życie. Czy to się właśnie czuje, gdy jest się zauroczonym?
-Chyba powinniśmy już wracać.- chłopak podrapał się po karku.
-Chyba tak.- zaśmiałam się, gdy brunet powoli zaczął się przybliżać. Serce o mało nie wyskoczyło mi z klatki piersiowej. Ten cudowny moment przerwał warkot silnika. Odwróciłam się na pięcie by zobaczyć, kto śmiał zakłócić tak wyjątkową chwilę. Trzech zamaskowanych motocyklistów zabarykadowało nam drogę.
- Co tu się dzieję? - powiedziałam bardziej sama do siebie niż do George'a. Chłopak nic nie odpowiedział, tylko zakrył mnie za swoimi plecami.
- Nie szukam problemów, Malik - brunet złapał mnie za rękę, którą instynktownie przycisnęłam mocniej. Kim jest Malik?
- George - jeden z motocyklistów opuścił swój pojazd, a już po chwili pozostała dwójka ruszyła w jego ślady - Tu nie chodzi o Ciebie - skupił swój wzrok na MNIE!
- Jessie - George spojrzał mi w oczy - Uciekaj!
Przez kilka sekund stałam nieruchomo, zanim mój mózg przetworzył słowa chłopaka.
- Już! - krzyknął, a ja w końcu się ocknęłam i bez zastanowienia ruszyłam przed siebie. W tej chwili dziękowałam sobie, że zrezygnowałam z założenia szpilek. Słyszałam za sobą krzyki i warkot silników, a w mojej głowie przewijały się najmroczniejsze scenariusze. Nie wiedziałam dokąd biegnę, ani gdzie dokładnie jestem.
- Koniec zabawy! - jeden z motocyklistów zajechał mi drogę, a ja upadłam na ziemie, potykając się o kamień. Zanim zdążyłam się podnieść poczułam jak ktoś ciągnie mnie za ramię.
- Zagrajmy - zamaskowany mężczyzna szepnął wprost do mojego ucha, a mnie przeszedł dreszcz.
- Puść mnie - krzyknęłam, wyrywając się z uścisku. Przez chwilę szarpałam się z moim oprawcą do czasu, gdy wymierzyłam mu mocnego kopniaka w krocze. Chłopak momentalnie upadł na kolana.. Zamrugałam kilkakrotnie, chcąc sprawdzić czy to naprawdę się dzieje, a może to kolejny koszmar. Rozejrzałam się dookoła, łapczywie szukając drogi. Na próżno. Powoli zaczęłam się cofać by już po chwili zacząć biec. Nagle mimowolnie upadłam na zimną glebę, a potem poczułam czyjąś nogę na swoim brzuchu. Przez moment nie mogłam złapać oddechu, dusiłam się własną krwią, która wylewała się z moich ust. Miałam ochotę znowu się podnieść i próbować uciec, gdy poczułam kolejne kopnięcie... w to samo miejsce. Wszystko dookoła zaczęło wirować, a ja już nie miałam sił by walczyć. Poddałam się.