Punkt 7:00 rano mechaniczny trzask radiobudzika przerwał krąg moich snów, a raczej koszmarów, przywracając mój mózg do stanu pełnej świadomości. No prawie. Oznaki nieprzespanej nocy dawały o sobie znać. Leniwie podniosłam się z łóżka i wyłączyłam budzik, który pewnie obudziłby cały akademik. Nienawidzę go. Obiecuję, że kiedyś wyrzucę go przez okno. Spuściłam nogi na podłogę, siadając na brzegu łóżka. Podłoga była dziwnie zimna i nieprzyjemna w dotyku. Ugh. Spojrzałam na mój pokój przez opadające na moją twarz kosmyki włosów. Kochałam go. Może nie był duży, góra trzy metry na cztery i miał tylko dwa okna podzielone na małe szybki, to jednak miał coś w sobie. Farba na ścianach miała odświeżający, limonkowy kolor i idealnie komponowała się z białymi dodatkami jakimi pozwoliłam sobie udekorować moje tymczasowe lokum. Umeblowanie było standardowe, dostarczone przez uczelnię. Składało się na nie jednoosobowe łóżko , szafka nocna, komoda, regał, biurko i dwa fotele. Czego więcej potrzeba do szczęścia?
Na samą myśl, że mam opuścić swoje cztery ściany ogarnął mnie dreszcz. Czasami mam takie dni, że lepiej byłoby dla mnie, gdybym spędziła je w łóżku, zamknięta w mieszkaniu. I ten dzień właśnie do takich należy. Sobota, 30 czerwiec, zerknęłam na mały biurowy kalendarzyk stojący na szafce nocnej tuż obok malutkiej białej lampki oraz otwartego podręcznika z anatomii, którego wczoraj zdążyła przeczytać od deski do deski. Nie wiem dlaczego porwałam się na tą medycynę? Nie mogłam wybrać czegoś bardziej przyjemnego jak na przykład architektura? Ach, no tak. Przecież to nie zależało ode mnie. Moi kochani rodzice od samego początku ingerowali w moje życie i sami zaplanowali moją przyszłość. Dobrze, że jeszcze męża mi nie wybrali... mam nadzieję, że nie powiedziałam tego za wcześnie. Szczerze mówiąc to nawet na początku pasjonowała mnie medycyna, te tajemnice i zagadki skrywane w ludzkim ciele. Jednak zapał szybko minął. Już po pierwszym miesiącu miałam dość siedzenia na wykładach i słuchaniu o tym jak zachowują się tkanki zwierzęce w różnych środowiskach. Nuda.
To właśnie dzisiaj wszyscy uczniowie z radością opuszczają mury akademiku, no prawie wszyscy, i wracają do swoich domów by zrelaksować się i odpocząć by po upływie dwóch miesięcy wrócić i kontynuować naukę. Muszę przyznać, że strasznie stęskniłam się za rodzicami, jednak wiem, że nie mogę oczekiwać od nich tej samej reakcji. Od kiedy byłam małym dzieckiem nasze stosunki były chłodne. Nigdy ich nie było, a jak już się zjawiali to tylko z nowymi pretensjami. Matkę jeszcze potrafię zrozumieć. Ona oskarża mnie o zrujnowanie kariery modelki...swojego czasu była podobno niezwykle rozchwytywana przez wszystkich projektantów i właścicieli marek kosmetycznych, ale potem pojawiłam się ja i wszystko szlag trafił. Ale ojciec? Hmmm... Kiedyś był inny... czuły, troskliwy, opiekuńczy.... był po prostu tatą. Pewnego dnia wrócił z pracy i ze stoickim spokojem oznajmił mi, że zamieszkam w akademiku. Nie spytał mnie nawet o zdanie... Może powinnam być wdzięczna, że to nie internat? W sumie to wszystko mi jedno. Rodzice wybrali najlepszy uniwersytet w kraju, więc grzechem byłoby narzekać. Bo o to właśnie chodzi w życiu, o ciągłe stawienia poprzeczek, które należy pokonywać, na samodoskonaleniu się, prawda? Od dziecka była dość zdecydowaną osobą, a jedną z moich wad, jak i zalet była ambicja. Zawsze dążyłam do perfekcji, chciałam wszystko robić na sto procent. Świetne wyniki, dobra szkoła, potem wymarzona praca, rodzina... tylko tyle, albo aż.
Strasznie ciekawiło mnie jak to będzie, gdy po tylu miesiącach nieobecności wrócę... Czy coś się zmieniło? Czy tęsknili?
Ostatni raz spojrzałam na mój mały pokoik. Wyglądał tak ... inaczej. Panował tu niezwykły porządek i ład. Pościelone łóżko, odkurzone meble, zasłonięte okna. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie. Będę tęsknić.
Sięgnęłam po czarną, skórzaną kurtkę, która wisiała na wieszaku i wyszłam z pokoju. Po drodze mijałam kilku znajomych, którzy z okazji zakończenia roku szli się zabawić lub wracali na do domu. Z niektórymi wymieniłam się spojrzeniami i krótkim "cześć" lub po prostu delikatnym uśmiechem.
Podeszłam do portierni by oddać klucze. I już...
Popchnęłam wielkie, frontowe drzwi, od razu poczułam jak w moją twarz uderza zimne powietrze. Nie sądziłam, że może być tak chłodno o tej porze roku. Rozejrzałam się dookoła szukając samochodu, który był podstawiony przez moich rodziców. Jest.
-David!- krzyknęłam, gdy w tłumie ukazała mi się znajoma twarz. David jest jednym z pracowników ojca i jest jak część rodziny.
-Jessabelle.- przytaknął głową. Jak zwykle formalny. Nie musiałam długo czekać, by pojawił się tuż obok mnie i pomógł mi znieść walizkę ze schodów.
-Wystarczy Jessie. Dziękuję.- rzuciłam, gdy właśnie chował moje bagaże do samochodu.
Nawet nie wiem czy coś odpowiedział...nie słyszałam. Byłam za bardzo zajęta wpatrywaniem się w ogromny budynek, który za chwilę miałam opuścić. Nie mówię, że jakoś niezwykle przypadło mi do gustu mieszkanie w małym, ciasnym pokoiku, ale dziwnie się czułam z myślą, że jutro już nie obudzę się w moim, zbyt miękkim i niewygodnym łóżku.
-Jessa.. Jessie - szybko się poprawił - Możemy?- głos David'a wyrwał mnie z rozmyśleń w samą porę. Jeszcze chwila i zalałabym się łzami.
Bez słowa wsiadłam do samochodu. Zapięłam pasy i ostatni raz spojrzałam na akademik.
Droga mijała niezwykle spokojnie... za spokojnie. Kilka razy próbowałam wszczynać rozmowę z David'em, ale na próżno. Wszystkie jego odpowiedzi ograniczały się do 'tak' lub 'nie', czasami padały też słowa ' nie wiem'. Szybko dałam sobie z tym spokój, więc dalsza podróż minęła w kompletnej ciszy.
Przez tą podróż straciłam wszystkie chęci do życia, na szczęście znajomy krajobraz, który oznaczał, ze jesteśmy już blisko celu, sprawił, że znowu odzyskałam energię. Chciałam już wysiąść z samochodu i wbiec do środka mojego domu. Byłam ciekawa ile rzeczy uległo zmianie... David ledwo co zdołał zatrzymać pojazd, gdy otworzyłam drzwi i po prostu wysiadłam.
Na zewnątrz nic się nie zmieniło. Ogromny, biały dom utrzymany w stylu modernistycznym, o wiele za duży jak na mój gust z wielkimi oknami mieszczącymi się w prawie każdym pomieszczeniu. Dookoła znajdował się idealnie, wypielęgnowany ogródek, który przywracał moje wspomnienia z dzieciństwa.
Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam ogromnymi białymi schodami, które prowadziły do frontowych drzwi. Przez kilka minut stałam trzymając w dłoni klamkę i zastanawiałam się, czy ją przekręcić. Koniec końców ciekawość wygrała i już po chwili znalazłam się w środku. Nie spodziewałam się tutaj tylu ludzi... obcych ludzi, którzy krzątali się dookoła i dekorowali pomieszczenia. Czyżby jakaś impreza niespodzianka z okazji mojego przyjazdu? To bardziej niż niemożliwe.
Zmieszana stałam pośrodku tego całego harmidru.
-Jessabelle?- usłyszałam znajomy, surowy głos. Aż przeszły mnie ciarki. Mama. Podniosłam wzrok i zobaczyłam jak powoli schodzi ze schodów. Jak zwykle elegancka i zimna. Cała ona. Czarna, idealnie dopasowana sukienka, która podkreślała jej figurę. Figurę,której mogła pozazdrościć niejedna nastolatka... a dokładnie rzecz biorąc ja, oraz wysokie szpilki tego samego koloru. Jedyne co mnie zdziwiło w jej wyglądzie to rozpuszczone włosy... nigdy nie widziałam jej w rozpuszczonych...zawsze je spinała. Muszę przyznać wyglądała nieziemsko.
Chciałam coś odpowiedzieć, ale gula, która uformowała się w moim gardle mi nie pozwoliła. Stałam po prostu jak wryta, gapiąc się na nią. Idiotka ze mnie.
-Dobrze, że wróciłaś.- rzuciła, podchodząc do mnie.- Za godzinę przyjeżdżają goście twojego ojca. Zrób coś ze sobą.-zmierzyła mnie wzrokiem i odeszła....
Tylko tyle? Nie widziałyśmy się przez tyle miesięcy, a ona nawet się ze mną nie przywita?! Mogłam się przecież tego spodziewać. Zdenerwowana ruszyłam do swojego pokoju.
Wyglądał tak samo jak w dniu, gdy wyjeżdżałam. Fioletowe ściany, ogromne, idealnie pościelone łóżko stojące na środku, mała toaletka obok, białe drzwi prowadzące do garderoby oraz identyczna para wiodąca do toalety, komoda tego samego koloru, na której stały puchary, za jakieś beznadziejne turnieje tańca lub konkursy wiedzowe i moje ukochane panoramiczne okna, które zastępowały jedną ze ścian i prowadziły na taras.
Podeszłam do łóżka i zauważyłam, że leży prosta, granatowa sukienka, która jak na mój gust była zbyt sztywna.
Na samą myśl, że mam opuścić swoje cztery ściany ogarnął mnie dreszcz. Czasami mam takie dni, że lepiej byłoby dla mnie, gdybym spędziła je w łóżku, zamknięta w mieszkaniu. I ten dzień właśnie do takich należy. Sobota, 30 czerwiec, zerknęłam na mały biurowy kalendarzyk stojący na szafce nocnej tuż obok malutkiej białej lampki oraz otwartego podręcznika z anatomii, którego wczoraj zdążyła przeczytać od deski do deski. Nie wiem dlaczego porwałam się na tą medycynę? Nie mogłam wybrać czegoś bardziej przyjemnego jak na przykład architektura? Ach, no tak. Przecież to nie zależało ode mnie. Moi kochani rodzice od samego początku ingerowali w moje życie i sami zaplanowali moją przyszłość. Dobrze, że jeszcze męża mi nie wybrali... mam nadzieję, że nie powiedziałam tego za wcześnie. Szczerze mówiąc to nawet na początku pasjonowała mnie medycyna, te tajemnice i zagadki skrywane w ludzkim ciele. Jednak zapał szybko minął. Już po pierwszym miesiącu miałam dość siedzenia na wykładach i słuchaniu o tym jak zachowują się tkanki zwierzęce w różnych środowiskach. Nuda.
To właśnie dzisiaj wszyscy uczniowie z radością opuszczają mury akademiku, no prawie wszyscy, i wracają do swoich domów by zrelaksować się i odpocząć by po upływie dwóch miesięcy wrócić i kontynuować naukę. Muszę przyznać, że strasznie stęskniłam się za rodzicami, jednak wiem, że nie mogę oczekiwać od nich tej samej reakcji. Od kiedy byłam małym dzieckiem nasze stosunki były chłodne. Nigdy ich nie było, a jak już się zjawiali to tylko z nowymi pretensjami. Matkę jeszcze potrafię zrozumieć. Ona oskarża mnie o zrujnowanie kariery modelki...swojego czasu była podobno niezwykle rozchwytywana przez wszystkich projektantów i właścicieli marek kosmetycznych, ale potem pojawiłam się ja i wszystko szlag trafił. Ale ojciec? Hmmm... Kiedyś był inny... czuły, troskliwy, opiekuńczy.... był po prostu tatą. Pewnego dnia wrócił z pracy i ze stoickim spokojem oznajmił mi, że zamieszkam w akademiku. Nie spytał mnie nawet o zdanie... Może powinnam być wdzięczna, że to nie internat? W sumie to wszystko mi jedno. Rodzice wybrali najlepszy uniwersytet w kraju, więc grzechem byłoby narzekać. Bo o to właśnie chodzi w życiu, o ciągłe stawienia poprzeczek, które należy pokonywać, na samodoskonaleniu się, prawda? Od dziecka była dość zdecydowaną osobą, a jedną z moich wad, jak i zalet była ambicja. Zawsze dążyłam do perfekcji, chciałam wszystko robić na sto procent. Świetne wyniki, dobra szkoła, potem wymarzona praca, rodzina... tylko tyle, albo aż.
Strasznie ciekawiło mnie jak to będzie, gdy po tylu miesiącach nieobecności wrócę... Czy coś się zmieniło? Czy tęsknili?
Wyskoczyłam szybko z ciepłej pościeli i od razu wbiegłam do łazienki. Odkręciłam prysznic i upłynęło cztery, może pięć minut zanim woda stała się ciepła. Gdy skończyłam już swoją poranną toaletę, która składała się z mycia zębów, suszenia włosów, czesania i nałożenia delikatnego make-up'u wróciłam do pokoju wybrać rzeczy. Tym razem było jednak inaczej.Od razu sięgnęłam po czarne rurki i biały top. Do tego zestawiłam czarne, zwykłe trampki. Moje ulubione.
Przed wyjściem sprawdziłam jeszcze czy niczego nie zapomniałam. Klucze, portfel, telefon, lusterko, chusteczki .Cała zawartość mojego plecaka się zgadzała . Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie przepadałam za noszeniem torebek. To nie dla mnie. Wolę bardziej praktyczne rzeczy.Ostatni raz spojrzałam na mój mały pokoik. Wyglądał tak ... inaczej. Panował tu niezwykły porządek i ład. Pościelone łóżko, odkurzone meble, zasłonięte okna. Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie. Będę tęsknić.
Sięgnęłam po czarną, skórzaną kurtkę, która wisiała na wieszaku i wyszłam z pokoju. Po drodze mijałam kilku znajomych, którzy z okazji zakończenia roku szli się zabawić lub wracali na do domu. Z niektórymi wymieniłam się spojrzeniami i krótkim "cześć" lub po prostu delikatnym uśmiechem.
Podeszłam do portierni by oddać klucze. I już...
Popchnęłam wielkie, frontowe drzwi, od razu poczułam jak w moją twarz uderza zimne powietrze. Nie sądziłam, że może być tak chłodno o tej porze roku. Rozejrzałam się dookoła szukając samochodu, który był podstawiony przez moich rodziców. Jest.
-David!- krzyknęłam, gdy w tłumie ukazała mi się znajoma twarz. David jest jednym z pracowników ojca i jest jak część rodziny.
-Jessabelle.- przytaknął głową. Jak zwykle formalny. Nie musiałam długo czekać, by pojawił się tuż obok mnie i pomógł mi znieść walizkę ze schodów.
-Wystarczy Jessie. Dziękuję.- rzuciłam, gdy właśnie chował moje bagaże do samochodu.
Nawet nie wiem czy coś odpowiedział...nie słyszałam. Byłam za bardzo zajęta wpatrywaniem się w ogromny budynek, który za chwilę miałam opuścić. Nie mówię, że jakoś niezwykle przypadło mi do gustu mieszkanie w małym, ciasnym pokoiku, ale dziwnie się czułam z myślą, że jutro już nie obudzę się w moim, zbyt miękkim i niewygodnym łóżku.
-Jessa.. Jessie - szybko się poprawił - Możemy?- głos David'a wyrwał mnie z rozmyśleń w samą porę. Jeszcze chwila i zalałabym się łzami.
Bez słowa wsiadłam do samochodu. Zapięłam pasy i ostatni raz spojrzałam na akademik.
Droga mijała niezwykle spokojnie... za spokojnie. Kilka razy próbowałam wszczynać rozmowę z David'em, ale na próżno. Wszystkie jego odpowiedzi ograniczały się do 'tak' lub 'nie', czasami padały też słowa ' nie wiem'. Szybko dałam sobie z tym spokój, więc dalsza podróż minęła w kompletnej ciszy.
Przez tą podróż straciłam wszystkie chęci do życia, na szczęście znajomy krajobraz, który oznaczał, ze jesteśmy już blisko celu, sprawił, że znowu odzyskałam energię. Chciałam już wysiąść z samochodu i wbiec do środka mojego domu. Byłam ciekawa ile rzeczy uległo zmianie... David ledwo co zdołał zatrzymać pojazd, gdy otworzyłam drzwi i po prostu wysiadłam.
Na zewnątrz nic się nie zmieniło. Ogromny, biały dom utrzymany w stylu modernistycznym, o wiele za duży jak na mój gust z wielkimi oknami mieszczącymi się w prawie każdym pomieszczeniu. Dookoła znajdował się idealnie, wypielęgnowany ogródek, który przywracał moje wspomnienia z dzieciństwa.
Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam ogromnymi białymi schodami, które prowadziły do frontowych drzwi. Przez kilka minut stałam trzymając w dłoni klamkę i zastanawiałam się, czy ją przekręcić. Koniec końców ciekawość wygrała i już po chwili znalazłam się w środku. Nie spodziewałam się tutaj tylu ludzi... obcych ludzi, którzy krzątali się dookoła i dekorowali pomieszczenia. Czyżby jakaś impreza niespodzianka z okazji mojego przyjazdu? To bardziej niż niemożliwe.
Zmieszana stałam pośrodku tego całego harmidru.
-Jessabelle?- usłyszałam znajomy, surowy głos. Aż przeszły mnie ciarki. Mama. Podniosłam wzrok i zobaczyłam jak powoli schodzi ze schodów. Jak zwykle elegancka i zimna. Cała ona. Czarna, idealnie dopasowana sukienka, która podkreślała jej figurę. Figurę,której mogła pozazdrościć niejedna nastolatka... a dokładnie rzecz biorąc ja, oraz wysokie szpilki tego samego koloru. Jedyne co mnie zdziwiło w jej wyglądzie to rozpuszczone włosy... nigdy nie widziałam jej w rozpuszczonych...zawsze je spinała. Muszę przyznać wyglądała nieziemsko.
Chciałam coś odpowiedzieć, ale gula, która uformowała się w moim gardle mi nie pozwoliła. Stałam po prostu jak wryta, gapiąc się na nią. Idiotka ze mnie.
-Dobrze, że wróciłaś.- rzuciła, podchodząc do mnie.- Za godzinę przyjeżdżają goście twojego ojca. Zrób coś ze sobą.-zmierzyła mnie wzrokiem i odeszła....
Tylko tyle? Nie widziałyśmy się przez tyle miesięcy, a ona nawet się ze mną nie przywita?! Mogłam się przecież tego spodziewać. Zdenerwowana ruszyłam do swojego pokoju.
Wyglądał tak samo jak w dniu, gdy wyjeżdżałam. Fioletowe ściany, ogromne, idealnie pościelone łóżko stojące na środku, mała toaletka obok, białe drzwi prowadzące do garderoby oraz identyczna para wiodąca do toalety, komoda tego samego koloru, na której stały puchary, za jakieś beznadziejne turnieje tańca lub konkursy wiedzowe i moje ukochane panoramiczne okna, które zastępowały jedną ze ścian i prowadziły na taras.
Podeszłam do łóżka i zauważyłam, że leży prosta, granatowa sukienka, która jak na mój gust była zbyt sztywna.
"Załóż to na dzisiejszy wieczór."
Bez trudu rozpoznałam charakter pisma mojej mamy. Zgniotłam karteczkę w ręce i rzuciłam nią o ścianę. Ostatni raz spojrzałam na wybraną dla mnie sukienkę i ze spuszczonym wzrokiem weszłam do łazienki. Tutaj także bez zmian, chyba, że chodzi o wyposażenie. Zauważyłam, że wszystkie płyny do kąpieli, mydła oraz szampony zostały dokupione, zresztą tak samo jak szczoteczka do zębów oraz ręczniki. Strasznie korciło mnie by wziąć długą kąpiel z bąbelkami, ale jestem na 100 % pewna, że zajęłaby mi ona odrobinę więcej czasu niż godzinkę....a nawet tyle już nie mam. Szybko wskoczyłam pod prysznic. Od razu włączyłam zimny strumień wody, który pobudził moje ciało do życia. Po zużyciu połowy zawartości szamponu i płynu do kąpieli zakręciłam wodę i ruszyłam myć zęby i suszyć włosy. Wszystko w tym samym czasie. Odłożyłam suszarkę na swoje miejsce i spojrzałam w lustro.
-Jak ja wyglądam?- westchnęłam sama do siebie.
Zerknęłam na zegarek, jeszcze mam 30 minut. Dam radę!
Szybko sięgnęłam po prostownicę i delikatnie wyprostowałam włosy, tym samym pozbywając się niesfornych kosmyków, a ponieważ robienie makijażu nie należy do moich mocnych stron, delikatnie pomalowałam oczy i wyszłam z łazienki.
Przez kilka minut przyglądałam się sukience, którą mam na siebie założyć, aż w końcu doszłam do wniosku, że nie jest tak zła. Szybko się w nią wśliznęłam i podeszłam do lustra. Jakoś ujdzie. Popsikałam się moimi ulubionymi perfumami i zeszłam na dół. Idąc schodami słyszałam rozmowy ludzi. Błagam, żebym się nie spóźniła. Uff... na szczęście na dole nie było jeszcze nikogo prócz moich rodziców i jakiejś pary, i zgaduje ich syna.
-Dzień dobry- rzuciłam z uśmiechem.
-Dobry wieczór.- odparł wysoki mężczyzna. Wyglądał bardzo przyjaźnie.- Ktoś tu chyba nie przestawił zegarka.- zaśmiał się grzecznie.
Czy ja zawsze muszę coś pokręcić?! Przez to całe zamieszanie całkowicie zgubiłam rachubę czasu. Nawet bałam się spojrzeć na moją mamę w tym momencie bo pewnie zabiłaby mnie wzrokiem.
Czy ja zawsze muszę coś pokręcić?! Przez to całe zamieszanie całkowicie zgubiłam rachubę czasu. Nawet bałam się spojrzeć na moją mamę w tym momencie bo pewnie zabiłaby mnie wzrokiem.
-Jessabelle, to pan Shelley oraz jego syn George.- Moment. Ta miła pani, która przed chwilą się uśmiechała to moja mama? Co oni jej zrobili? Przecież ona się nigdy nie uśmiecha...
-George, miło mi.- rzucił chłopak i delikatnie musnął moją dłoń.
Czy on musi tak świetnie wyglądać w tym garniaku?! Jejku, chyba się zarumieniłam. Jeszcze nigdy nie poznałam nikogo tak uroczego i seksownego jednocześnie. A ten jego uśmiech, a oczy .... czy ja się ślinie? Wysoki brunet z karmelowymi oczami... wyglądał jakby urwał się z bajki Disney'a.
Czy on musi tak świetnie wyglądać w tym garniaku?! Jejku, chyba się zarumieniłam. Jeszcze nigdy nie poznałam nikogo tak uroczego i seksownego jednocześnie. A ten jego uśmiech, a oczy .... czy ja się ślinie? Wysoki brunet z karmelowymi oczami... wyglądał jakby urwał się z bajki Disney'a.
-Jessabelle, ale mów mi Jessie.- odparłam, starałam się żeby zabrzmiało to jak najbardziej ponętnie, ale chyba nie do końca mi wyszło.
-Mogę porwać państwa córkę?- spytał niespodziewanie chłopak, a ja zamarłam.- Chciałbym zwiedzić okolice i byłbym niezmiernie zaszczycony gdybyś mi towarzyszyła.- zwrócił się do mnie, a ja momentalnie poczułam pieczenie na moich policzkach, które w tym momencie pewnie wyglądały jakby ktoś oblał je czerwoną farbą.
-Jest już bardzo późno...-odparła moja mama z wahaniem
-Sarah- wysoka blondynka, stojąca obok pana Shelley'a, złapała moją mamę za rękę.- George jest bardzo odpowiedzialny.- dopiero teraz zorientowałam się, że ta kobieta jest o wiele za młoda by być matką chłopaka... wyglądała na góra 28 lat, więc albo nią nie jest, albo zna naprawdę dobrego chirurga plastycznego.
-A więc dobrze, tylko uważajcie na siebie.- rzuciła radośnie.
-Można?- brunet wyciągnął dłoń w moim kierunku. Bez wahania ją złapałam. Nie ma co marnować czasu, moja mama może się rozmyślić w każdej chwili. Pociągnęłam chłopaka za rękę i już po chwili staliśmy na zewnątrz.
- Śpieszyło ci się.- zaśmiał się George, posyłając mi swój zniewalający uśmiech z reklamy pasty do zębów. Przez chwilę wydawało mi się, że już kiedyś się poznaliśmy.
-Taaak, szkoda marnować taki piękny wieczór.- rozejrzałam się dookoła. Mama miała rację było już bardzo późno... na szczęście światło księżyca oświetlało cały krajobraz.
-Idziemy?- spytał chłopak, a ja tylko pokiwałam głową. Dawno nie spotykałam się z nikim... no dobra... nigdy się z nikim nie spotykałam, moja mama nie lubiła moich przyjaciół i nie pozwalała mi z nimi wychodzić, a przez szkołę, nie miałam czasu by kogoś poznać, więc to tłumaczy moje dziwne zachowanie. Ja chyba po prostu boję się uczuć.
Szczerze to liczyłam, że będziemy spacerować po ogrodzie, jednak George wybrał inną drogę, jedną z polnych uliczek, prowadzących do...no właśnie nie mam pojęcia. Fakt, że ostatnie lata spędziłam mieszkając w akademiku sprawił, że sama zapomniałam wielu rzeczy.
- A więc medycyna, tak?- brunet skupił na mnie swój wzrok
- Na to wygląda, a ty?- mój głos wydał mi się dziwnie piskliwy
-Również medycyna.- Nie dość, że przystojny to jeszcze lekarz. Jeżeli to jest jedyny facet, z którym pozwala mi się umawiać moja matka, to biorę go w ciemno.
Robiło się coraz później, a my ciągle rozmawialiśmy o najróżniejszych rzeczach. Jeszcze z nikim nie dogadywałam się tak dobrze. Wydawało mi się, że znam go całe życie. Czy to się właśnie czuje, gdy jest się zauroczonym?
-Chyba powinniśmy już wracać.- chłopak podrapał się po karku.
-Chyba tak.- zaśmiałam się, gdy brunet powoli zaczął się przybliżać. Serce o mało nie wyskoczyło mi z klatki piersiowej. Ten cudowny moment przerwał warkot silnika. Odwróciłam się na pięcie by zobaczyć, kto śmiał zakłócić tak wyjątkową chwilę. Trzech zamaskowanych motocyklistów zabarykadowało nam drogę.
- Co tu się dzieję? - powiedziałam bardziej sama do siebie niż do George'a. Chłopak nic nie odpowiedział, tylko zakrył mnie za swoimi plecami.
- Nie szukam problemów, Malik - brunet złapał mnie za rękę, którą instynktownie przycisnęłam mocniej. Kim jest Malik?
- George - jeden z motocyklistów opuścił swój pojazd, a już po chwili pozostała dwójka ruszyła w jego ślady - Tu nie chodzi o Ciebie - skupił swój wzrok na MNIE!
- Jessie - George spojrzał mi w oczy - Uciekaj!
Przez kilka sekund stałam nieruchomo, zanim mój mózg przetworzył słowa chłopaka.
- Już! - krzyknął, a ja w końcu się ocknęłam i bez zastanowienia ruszyłam przed siebie. W tej chwili dziękowałam sobie, że zrezygnowałam z założenia szpilek. Słyszałam za sobą krzyki i warkot silników, a w mojej głowie przewijały się najmroczniejsze scenariusze. Nie wiedziałam dokąd biegnę, ani gdzie dokładnie jestem.
- Koniec zabawy! - jeden z motocyklistów zajechał mi drogę, a ja upadłam na ziemie, potykając się o kamień. Zanim zdążyłam się podnieść poczułam jak ktoś ciągnie mnie za ramię.
- Zagrajmy - zamaskowany mężczyzna szepnął wprost do mojego ucha, a mnie przeszedł dreszcz.
- Puść mnie - krzyknęłam, wyrywając się z uścisku. Przez chwilę szarpałam się z moim oprawcą do czasu, gdy wymierzyłam mu mocnego kopniaka w krocze. Chłopak momentalnie upadł na kolana.. Zamrugałam kilkakrotnie, chcąc sprawdzić czy to naprawdę się dzieje, a może to kolejny koszmar. Rozejrzałam się dookoła, łapczywie szukając drogi. Na próżno. Powoli zaczęłam się cofać by już po chwili zacząć biec. Nagle mimowolnie upadłam na zimną glebę, a potem poczułam czyjąś nogę na swoim brzuchu. Przez moment nie mogłam złapać oddechu, dusiłam się własną krwią, która wylewała się z moich ust. Miałam ochotę znowu się podnieść i próbować uciec, gdy poczułam kolejne kopnięcie... w to samo miejsce. Wszystko dookoła zaczęło wirować, a ja już nie miałam sił by walczyć. Poddałam się.
-Jest już bardzo późno...-odparła moja mama z wahaniem
-Sarah- wysoka blondynka, stojąca obok pana Shelley'a, złapała moją mamę za rękę.- George jest bardzo odpowiedzialny.- dopiero teraz zorientowałam się, że ta kobieta jest o wiele za młoda by być matką chłopaka... wyglądała na góra 28 lat, więc albo nią nie jest, albo zna naprawdę dobrego chirurga plastycznego.
-A więc dobrze, tylko uważajcie na siebie.- rzuciła radośnie.
-Można?- brunet wyciągnął dłoń w moim kierunku. Bez wahania ją złapałam. Nie ma co marnować czasu, moja mama może się rozmyślić w każdej chwili. Pociągnęłam chłopaka za rękę i już po chwili staliśmy na zewnątrz.
- Śpieszyło ci się.- zaśmiał się George, posyłając mi swój zniewalający uśmiech z reklamy pasty do zębów. Przez chwilę wydawało mi się, że już kiedyś się poznaliśmy.
-Taaak, szkoda marnować taki piękny wieczór.- rozejrzałam się dookoła. Mama miała rację było już bardzo późno... na szczęście światło księżyca oświetlało cały krajobraz.
-Idziemy?- spytał chłopak, a ja tylko pokiwałam głową. Dawno nie spotykałam się z nikim... no dobra... nigdy się z nikim nie spotykałam, moja mama nie lubiła moich przyjaciół i nie pozwalała mi z nimi wychodzić, a przez szkołę, nie miałam czasu by kogoś poznać, więc to tłumaczy moje dziwne zachowanie. Ja chyba po prostu boję się uczuć.
Szczerze to liczyłam, że będziemy spacerować po ogrodzie, jednak George wybrał inną drogę, jedną z polnych uliczek, prowadzących do...no właśnie nie mam pojęcia. Fakt, że ostatnie lata spędziłam mieszkając w akademiku sprawił, że sama zapomniałam wielu rzeczy.
- A więc medycyna, tak?- brunet skupił na mnie swój wzrok
- Na to wygląda, a ty?- mój głos wydał mi się dziwnie piskliwy
-Również medycyna.- Nie dość, że przystojny to jeszcze lekarz. Jeżeli to jest jedyny facet, z którym pozwala mi się umawiać moja matka, to biorę go w ciemno.
Robiło się coraz później, a my ciągle rozmawialiśmy o najróżniejszych rzeczach. Jeszcze z nikim nie dogadywałam się tak dobrze. Wydawało mi się, że znam go całe życie. Czy to się właśnie czuje, gdy jest się zauroczonym?
-Chyba powinniśmy już wracać.- chłopak podrapał się po karku.
-Chyba tak.- zaśmiałam się, gdy brunet powoli zaczął się przybliżać. Serce o mało nie wyskoczyło mi z klatki piersiowej. Ten cudowny moment przerwał warkot silnika. Odwróciłam się na pięcie by zobaczyć, kto śmiał zakłócić tak wyjątkową chwilę. Trzech zamaskowanych motocyklistów zabarykadowało nam drogę.
- Co tu się dzieję? - powiedziałam bardziej sama do siebie niż do George'a. Chłopak nic nie odpowiedział, tylko zakrył mnie za swoimi plecami.
- Nie szukam problemów, Malik - brunet złapał mnie za rękę, którą instynktownie przycisnęłam mocniej. Kim jest Malik?
- George - jeden z motocyklistów opuścił swój pojazd, a już po chwili pozostała dwójka ruszyła w jego ślady - Tu nie chodzi o Ciebie - skupił swój wzrok na MNIE!
- Jessie - George spojrzał mi w oczy - Uciekaj!
Przez kilka sekund stałam nieruchomo, zanim mój mózg przetworzył słowa chłopaka.
- Już! - krzyknął, a ja w końcu się ocknęłam i bez zastanowienia ruszyłam przed siebie. W tej chwili dziękowałam sobie, że zrezygnowałam z założenia szpilek. Słyszałam za sobą krzyki i warkot silników, a w mojej głowie przewijały się najmroczniejsze scenariusze. Nie wiedziałam dokąd biegnę, ani gdzie dokładnie jestem.
- Koniec zabawy! - jeden z motocyklistów zajechał mi drogę, a ja upadłam na ziemie, potykając się o kamień. Zanim zdążyłam się podnieść poczułam jak ktoś ciągnie mnie za ramię.
- Zagrajmy - zamaskowany mężczyzna szepnął wprost do mojego ucha, a mnie przeszedł dreszcz.
- Puść mnie - krzyknęłam, wyrywając się z uścisku. Przez chwilę szarpałam się z moim oprawcą do czasu, gdy wymierzyłam mu mocnego kopniaka w krocze. Chłopak momentalnie upadł na kolana.. Zamrugałam kilkakrotnie, chcąc sprawdzić czy to naprawdę się dzieje, a może to kolejny koszmar. Rozejrzałam się dookoła, łapczywie szukając drogi. Na próżno. Powoli zaczęłam się cofać by już po chwili zacząć biec. Nagle mimowolnie upadłam na zimną glebę, a potem poczułam czyjąś nogę na swoim brzuchu. Przez moment nie mogłam złapać oddechu, dusiłam się własną krwią, która wylewała się z moich ust. Miałam ochotę znowu się podnieść i próbować uciec, gdy poczułam kolejne kopnięcie... w to samo miejsce. Wszystko dookoła zaczęło wirować, a ja już nie miałam sił by walczyć. Poddałam się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz